Spotykałem się nieustannie z Wiką i Maxem przez jakiś tydzień. Dzisiaj nie będę mógł się z nimi spotkać, zaczął padać śnieg, a do tego właściciele nie mają zamiaru mnie wypuścić na dwór. Wygląda na to, że będę musiał przesiedzieć calutki dzień w moim legowisku. Niespodziewanie usłyszałem, że ktoś otwiera drzwi. ,,Pewnie moi państwo idą gdzieś" pomyślałem. Drzwi się zamknęły, a dalej słyszałem rozmowy moich właścicieli. Moje żółte oczy rozszerzyły się, nie byłem w stanie się ruszyć, bałem się. Nagle zobaczyłem cień jakiegoś kota. Trochę się rozluźniłem, ale zadawałem sobie kilka pytań: ,,Czemu państwo nie zareagowali?" ,,Kto to jest?" ,,Czego tu szuka?". Przez moje rozmyślania nawet nie zauważyłem, że ktoś jest przede mną i wpatruje się we mnie.
-Witaj - powiedział znajomy głos.
-Hej Wika, co ty tu robisz? - spytałem.
-Nie było cię na dworze. więc weszłam do twojego domu.
-Jak się tu znalazłaś?
-Twoi państwo otworzyli mi drzwi.
Byłem lekko zdziwiony. Właściciele zawsze wołali mnie, kiedy ktoś przyszedł do domu. Postanowiłem nie drążyć tego tematu, chociaż byłem bardzo ciekawy. Nastała cisza. Niespodziewanie usłyszeliśmy jak moi państwo mnie wołają na obiad. Od razu pobiegliśmy do kuchni. Miski były napełnione karmą. Łapczywie zjedliśmy posiłek i powróciliśmy do salonu.
-Przestało padać - powiedziała kotka, spoglądając na okno.
-Racja.
-To co, wychodzimy?
-Moi właściciele raczej mnie nie puszczą.
-Chociaż spróbujmy.
Przytaknąłem. Cichutko podszedłem do drzwi i zacząłem miauczeć. Mój pan podszedł do mnie i spojrzał na mnie. Wygląda na to, że zmienił zdanie, otworzył drzwi po czym ja i Wika wyszliśmy. Niebo było zachmurzone, a do tego było nadzwyczajnie zimno. Nagle coś mokrego i zimnego spadło na moje ucho. Obejrzałem się za siebie, stała tam Wika ze śnieżką. Wiedziałem, co to oznacza.
-Bitwa na śnieżki! - krzyknąłem, po tym jak rzuciłem śnieżką w jej stronę.
Kotka zręcznie uniknęła, a potem rzuciła kulą śniegu we mnie. Byliśmy tak pochłonięci zabawą, że nie zauważyliśmy jak na moje podwórko wchodził Max. Źle wycelowałem i zamiast rzucić w Wikę rzuciłem w Maxa. Nie odezwałem się, czekałem jak zareaguje. Na początku Max spoglądał na mnie w ciszy, ale po krótkiej ciszy wybuchnął śmiechem.
-Widzę, że zabawa beze mnie - powiedział, dalej się śmiejąc.
-Nudziliśmy się i nie wiedzieliśmy, że przyjdziesz - powiedziałem.
-Co teraz robimy? - zapytała kotka.
-Chowany? - spytał Max.
Zgodziliśmy się i ustaliliśmy kto kryje - padło na Wikę. Kotka zaczęła liczyć. Przez pewną chwilę szukałem kryjówki, ale wreszcie zdecydowałem. Wejdę na dach mojego domu. Po cichu zbliżyłem się do drzewa i zacząłem się na nie wspinać. Wreszcie wszedłem na jedną z najwyższych gałęzi. Usiadłem na niej i popatrzyłem na dól, Wika jeszcze nie skończyła liczyć. Ujrzałem czarnego kota, który wszedł w te same krzaki, z których tydzień temu wyłoniła się biała kotka. Nagle usłyszałem trzask. Zanim się obejrzałem, leżałem już na ziemi. Wika spojrzała na mnie pytająco. Widać było z krzaków wlepione we mnie duże niebieskie oczy.
-Nic ci nie jest? - spytała kotka, patrząc na mnie swoimi blado różowymi oczami, w których można było zauważyć błysk.
-Nie, nic mi nie jest, dzięki.
-Jakby coś cię bolało to mów.
-Dobrze.
-Może inna zabawa? - zaproponował Max, wychodząc z krzaków.
-Za niedługo będzie zachodziło słońce, może po prostu pójdziemy na spacer? - zapytała Wika.
-Czemu nie? - rzekłem.
-No to chodźmy.
Kiedy to powiedziała, ruszyła w stronę płotu. Nie zatrzymała się przed nim, przeskoczyła płot. Ja i Max wpatrywaliśmy się na płot ze zdziwieniem.
-Idziecie? - spytała zniecierpliwiona kotka.
Przeszedłem przez płot, po mnie przeszedł czarny kot. Poszliśmy w stronę parku. Szliśmy w ciszy, oglądaliśmy jesienny krajobraz. Nie wszystkie liście pospadały, więc niektóre drzewa i krzewy dalej mogą służyć za dobrą kryjówkę. Widzieliśmy wiewiórki, które miały policzki napchane żołędziami. Niespodziewanie usłyszeliśmy szczekanie psa. nie był duży, był ze swoim panem, który w dłoni trzymał smycz. Szczekanie nie ustawało.
-Musimy uciekać - powiedziała Wika.
-Ale on jest na smyczy - odparłem.
Ledwie skończyłem mówić, kiedy zauważyłem, że pies wyrwał się ze smyczy i zaczął biec w naszą stronę. Nie wiedziałem, gdzie biegnę, zgubiłem innych. Gdy ujadanie ucichło, przystałem. Nie było widać nigdzie Wiki i Maxa. Rozejrzałem się wszędzie, koło mnie leżały przewrócone pojemniki na śmieci. W powietrzu unosił się smród śmieci. Nagle usłyszałem jakiś szelest i czyjś głos.
-Nowy?
-Pewnie się zgubił - powiedział inny.
-Niech pójdzie stąd.
-Cisza! - krzyknął jakiś głos.
Nastała cisza, po chwili ujrzałem rudą kotkę, na lewym uchu posiadała czarną łatkę, nie miała na sobie obroży.
-Co cię tu sprowadza, mały, zgubiłeś się? - spytała spokojnie.
Przytaknąłem.
-Jestem Kornelia, a ty jak się nazywasz?
-Jestem Alex.
-Alex... - powtórzyła.
Zaczęła się zastanawiać.
-Znasz Wikę? - zapytała.
-Tak, to moja przyjaciółka.
Inne koty zaczęły wychodzić z kryjówek zaciekawione. Zaczęły do siebie szeptać.
-Cisza, jutro dopytamy się szczegółów. Ten kot jest zmęczony, musi się przespać.
Kornelia zaprowadziła mnie na posłanie zrobione ze śmieci. Położyłem się na nim i po pewnej chwili usnąłem.
Kolejna część będzie MOŻE w czwartek. Mam nadzieję, że spodobało się wam. ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz