sobota, 9 marca 2019

Niezwykła Kotka #2

Spotykałem się nieustannie z Wiką i Maxem przez jakiś tydzień. Dzisiaj nie będę mógł się z nimi spotkać, zaczął padać śnieg, a do tego właściciele nie mają zamiaru mnie wypuścić na dwór. Wygląda na to, że będę musiał przesiedzieć calutki dzień w moim legowisku. Niespodziewanie usłyszałem, że ktoś otwiera drzwi. ,,Pewnie moi państwo idą gdzieś" pomyślałem. Drzwi się zamknęły, a dalej słyszałem rozmowy moich właścicieli. Moje żółte oczy rozszerzyły się, nie byłem w stanie się ruszyć, bałem się. Nagle zobaczyłem cień jakiegoś kota. Trochę się rozluźniłem, ale zadawałem sobie kilka pytań: ,,Czemu państwo nie zareagowali?" ,,Kto to jest?" ,,Czego tu szuka?". Przez moje rozmyślania nawet nie zauważyłem, że ktoś jest przede mną i wpatruje się we mnie. 
-Witaj - powiedział znajomy głos.
-Hej Wika, co ty tu robisz? - spytałem.
-Nie było cię na dworze. więc weszłam do twojego domu.
-Jak się tu znalazłaś?
-Twoi państwo otworzyli mi drzwi.
Byłem lekko zdziwiony. Właściciele zawsze wołali mnie, kiedy ktoś przyszedł do domu. Postanowiłem nie drążyć tego tematu, chociaż byłem bardzo ciekawy. Nastała cisza. Niespodziewanie usłyszeliśmy jak moi państwo mnie wołają na obiad. Od razu pobiegliśmy do kuchni. Miski były napełnione karmą. Łapczywie zjedliśmy posiłek i powróciliśmy do salonu.
-Przestało padać - powiedziała kotka, spoglądając na okno.
-Racja.
-To co, wychodzimy?
-Moi właściciele raczej mnie nie puszczą.
-Chociaż spróbujmy.
Przytaknąłem. Cichutko podszedłem do drzwi i zacząłem miauczeć. Mój pan podszedł do mnie i spojrzał na mnie. Wygląda na to, że zmienił zdanie, otworzył drzwi po czym ja i Wika wyszliśmy. Niebo było zachmurzone, a do tego było nadzwyczajnie zimno. Nagle coś mokrego i zimnego spadło na moje ucho. Obejrzałem się za siebie, stała tam Wika ze śnieżką. Wiedziałem, co to oznacza.
-Bitwa na śnieżki! - krzyknąłem, po tym jak rzuciłem śnieżką w jej stronę.
Kotka zręcznie uniknęła, a potem rzuciła kulą śniegu we mnie. Byliśmy tak pochłonięci zabawą, że nie zauważyliśmy jak na moje podwórko wchodził Max. Źle wycelowałem i zamiast rzucić w Wikę rzuciłem w Maxa. Nie odezwałem się, czekałem jak zareaguje. Na początku Max spoglądał na mnie w ciszy, ale po krótkiej ciszy wybuchnął śmiechem.
-Widzę, że zabawa beze mnie - powiedział, dalej się śmiejąc.
-Nudziliśmy się i nie wiedzieliśmy, że przyjdziesz - powiedziałem.
-Co teraz robimy? - zapytała kotka.
-Chowany? - spytał Max.
Zgodziliśmy się i ustaliliśmy kto kryje - padło na Wikę. Kotka zaczęła liczyć. Przez pewną chwilę szukałem kryjówki, ale wreszcie zdecydowałem. Wejdę na dach mojego domu. Po cichu zbliżyłem się do drzewa i zacząłem się na nie wspinać. Wreszcie wszedłem na jedną z najwyższych gałęzi. Usiadłem na niej i popatrzyłem na dól, Wika jeszcze nie skończyła liczyć. Ujrzałem czarnego kota, który wszedł w te same krzaki, z których tydzień temu wyłoniła się biała kotka. Nagle usłyszałem trzask. Zanim się obejrzałem, leżałem już na ziemi. Wika spojrzała na mnie pytająco. Widać było z krzaków wlepione we mnie duże niebieskie oczy. 
-Nic ci nie jest? - spytała kotka, patrząc na mnie swoimi blado różowymi oczami, w których można było zauważyć błysk.
-Nie, nic mi nie jest, dzięki.
-Jakby coś cię bolało to mów.
-Dobrze.
-Może inna zabawa? - zaproponował Max, wychodząc z krzaków.
-Za niedługo będzie zachodziło słońce, może po prostu pójdziemy na spacer? - zapytała Wika.
-Czemu nie? - rzekłem.
-No to chodźmy.
Kiedy to powiedziała, ruszyła w stronę płotu. Nie zatrzymała się przed nim, przeskoczyła płot. Ja i Max wpatrywaliśmy się na płot ze zdziwieniem.
-Idziecie? - spytała zniecierpliwiona kotka.
Przeszedłem przez płot, po mnie przeszedł czarny kot. Poszliśmy w stronę parku. Szliśmy w ciszy, oglądaliśmy jesienny krajobraz. Nie wszystkie liście pospadały, więc niektóre drzewa i krzewy dalej mogą służyć za dobrą kryjówkę. Widzieliśmy wiewiórki, które miały policzki napchane żołędziami. Niespodziewanie usłyszeliśmy szczekanie psa. nie był duży, był ze swoim panem, który w dłoni trzymał smycz. Szczekanie nie ustawało.
-Musimy uciekać - powiedziała Wika.
-Ale on jest na smyczy - odparłem.
Ledwie skończyłem mówić, kiedy zauważyłem, że pies wyrwał się ze smyczy i zaczął biec w naszą stronę. Nie wiedziałem, gdzie biegnę, zgubiłem innych. Gdy ujadanie ucichło, przystałem. Nie było widać nigdzie Wiki i Maxa. Rozejrzałem się wszędzie, koło mnie leżały przewrócone pojemniki na śmieci. W powietrzu unosił się smród śmieci. Nagle usłyszałem jakiś szelest i czyjś głos.
-Nowy?
-Pewnie się zgubił - powiedział inny.
-Niech pójdzie stąd.
-Cisza! - krzyknął jakiś głos.
Nastała cisza, po chwili ujrzałem rudą kotkę, na lewym uchu posiadała czarną łatkę, nie miała na sobie obroży.
-Co cię tu sprowadza, mały, zgubiłeś się? - spytała spokojnie.
Przytaknąłem.
-Jestem Kornelia, a ty jak się nazywasz?
-Jestem Alex.
-Alex... - powtórzyła.
Zaczęła się zastanawiać.
-Znasz Wikę? - zapytała.
-Tak, to moja przyjaciółka.
Inne koty zaczęły wychodzić z kryjówek zaciekawione. Zaczęły do siebie szeptać. 
-Cisza, jutro dopytamy się szczegółów. Ten kot jest zmęczony, musi się przespać.
Kornelia zaprowadziła mnie na posłanie zrobione ze śmieci. Położyłem się na nim i po pewnej chwili usnąłem.

Kolejna część będzie MOŻE w czwartek. Mam nadzieję, że spodobało się wam. ;)

wtorek, 5 marca 2019

Niezwykła kotka #1

Dzień zaczął się tak jak każdy inny. Dostałem śniadanie, a kiedy je zjadłem, mogłem wyjść na dwór. Był 19 listopada, wtorek, świeciło słońce i było dość ciepło. Wiatr powiewał moje futerko. Położyłem się na trawie i czekałem. Niedługo ujrzałem czarnego kota z niebieskimi jak błękit nieba oczami, posiadał niebieską obrożę z tabliczką, na której były napisane niezbędne informacje. Jego państwo mówili, że, jeśli się zgubi i ktoś go znajdzie, to dzięki tej tabliczce będzie mógł odnaleźć jego właścicieli. Ten kot najwidoczniej próbował przejść przez płot, aby dostać się do mojego podwórka.
-Max? - spytałem.
Próbowałem się nie zaśmiać, lecz nie wyszło mi to, zacząłem się śmiać. Max spoglądał na mnie.
-Może przestaniesz się śmiać i pomożesz mi? - zapytał.
Przestałem się śmiać i pomogłem mu.
-Dzięki - rzekł.
-Nie ma za co.
-Więc, co robimy?
-Może... - mówiąc to, spoglądałem na niego.
Wyglądało na to, że Max nie ma bladego pojęcia, o co mi chodzi. Po chwili dotknąłem go i krzyknąłem ,,Berek!" i zacząłem uciekać. Teraz rozumiał, o co mi chodzi. Zaczął mnie gonić. Bawiliśmy się tak z godzinę, potem nam się to znudziło. Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy rozmawiać. Nagle, usłyszeliśmy jakiś dźwięk dochodzący z krzaków. Momentalnie tam skierował się nasz wzrok. Byliśmy trochę wystraszeni, ale przełamaliśmy się.
-Kto tam!? - krzyknąłem.
Nikt nie odpowiedział.
-Lepiej wyjdź, bo inaczej sam tam podejdę, a wtedy nie będzie tak miło - powiedział Max.
Wyglądało na to, że osoba, która tam się kryła, wystraszyła się i postanowiła wyjść. Ku naszemu zdziwieniu z krzaków wyszła biała kotka z lewym czarnym uchem, na prawym miała czarne małe serduszko, czarne końcówki łap oraz czarny koniuszek ogona. Miała piękne blado różowe oczy. Na szyi posiadała różową obrożę z dzwoneczkiem. Wyglądała po prostu niezwykle. Patrzyliśmy się na nią ze zdziwieniem.
-Witajcie - powiedziała do nas.
-Witaj - odpowiedzieliśmy razem.
-Jestem Wika, a wy?
-Ja jestem Alex.
-A ja Max.
-Jak się tu znalazłaś? - spytałem.
-Nigdy cię tu nie widzieliśmy - dopowiedział Max.
-Od wczoraj mieszkam tam. - mówiąc to wskazywała na swój dom.
Max i ja byliśmy zdziwieni. W tym domu mieszkał Brutus - duży brązowy pies z zielonymi oczami. Każdy kot się go boi. Koty opowiadały, że jedna kotka o imieniu Socks weszła na jego podwórko i wróciła po kilku minutach z wieloma ranami. Jakby było tego mało, mieszkają tam państwo Smith, którzy nie cierpią kotów. ,,Jak to jest możliwe, że tam mieszka?" pomyślałem.
-A co z Brutusem oraz państwem Smith, słyszałem, że nienawidzą kotów? - zapytałem nagle.
-Najpierw, kim jest Brutus? - spytała zaskoczona.
-To taki duży pies - odpowiedział Max.
-Nie było żadnego psa.
Po raz kolejny byliśmy zdziwieni. Kotka cicho się zaśmiała.
-A co do moich właścicieli, nie wyglądali na ludzi, którzy nie lubią kotów. Gdyby tacy byli, to pewnie mnie by tu teraz nie było, czyż nie?
Zastanowiliśmy się, może państwo Smith się zmienili, ale tak nagle? Nie wiedzieliśmy co o tym myśleć, więc zaczęliśmy rozmawiać o czymś innym. Po dłuższej rozmowie usłyszeliśmy wołanie.
-Muszę iść, moi państwo mnie wołają - rzekła Wika.
-Do zobaczenia - powiedzieliśmy równocześnie.
-Pa!
Kiedy to powiedziała, przeszła przez płot i pobiegła do swojego domu. Robiło się już ciemno, więc postanowiliśmy, że lepiej, abyśmy również poszli do swoich domów. Pożegnaliśmy się. W domu czekał już na mnie obiad. Właścicieli nie było. ,,Pewnie poszli na te swoje zakupy" pomyślałem. Gdy najadłem się, pomknąłem do swojego posłania, zwinąłem się w kłębek i po chwili usnąłem.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 Mam nadzieję, że spodobało się wam. :) Przepraszam, że taka krótka, obiecuję, że druga część będzie dłuższa! Kolejna część ,,Niezwykłej Kotki" będzie w piątek lub w sobotę!